sobota, 13 kwietnia 2013

Kolejne przeprosiny + naprawa laptopa.

Hej. Znowu długo nie było rozdziału. Ponad miesiąc. MiaŁAM napisane 4 rozdziały w przód, ale laptop mi się zepsuł, oddałam do naprawy i WSZYSTKO mi usunęli.Dosłownie wszystko. Dokument z MDTAAE, CWATS i opowiadaniem o HOA. Zdjęcia. Wszystkie moje zdjęcia z przeciągu ostatnich 6 lat miałam na tym laptopie. Wszystkie wspomnienia. Muzykę. Dysk twardy wymienili cały, a laptop jest jak nowy, ale co z tego, jak ciągle chce mi się ryczeć. W serwisie powiedzieli, że nie można tego odzyskać, tamten dysk twardy w ogóle nie nadaje się do użytku. No więc powiedzmy, że straciłam moje 'wypociny' i wszystkie wspomnienia w jednej, durnej awarii laptopa. No cóż, mogłam zanieść go wcześniej, jak już zaczął się psuć. Sama jestem sobie winna. Ale wracając do moich opowiadań, muszę od nowa pisać kolejne rozdziały, więc proszę o cierpliwość. Mam nadzieję, że zrozumiecie i wybaczycie moją głupotę. No cóż, każdy popełnia błędy, czyż nie? ;)

niedziela, 10 marca 2013

Rozdział VII: You'll never love yourself half as much as I love you.

*Zayn*
W momencie, gdy ujrzałem przedmiot, który jak się domyśliłem nie był niczym innym, jak testem ciążowym, poczułem się jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy osoby, które darzyłem ogromnym zaufaniem zdradziły mnie. Od tej pory wszystko miało być inaczej, a moje życie w najbliższym czasie diametralnie się zmieni. Bałem się tego, cholernie się tego bałem, ale wiedziałem, że Megan też się boi. Zresztą ta ciąża to nie tylko jej wina, ale również i moja. Nie mogłem jej zostawić, nie teraz, nie w tym stanie. Zaopiekuję się nią i naszym dzieckiem. Gdy usłyszałem, że chce wyjechać, gwałtownie uniosłem głowę i spojrzałem w jej tęczówki.
-Nie możesz – zaprotestowałem, biorąc kilka głębszych wdechów. –To nasze dziecko, Megan i jestem za nie odpowiedzialny.
-Skąd wiesz, że jest twoje? – wybuchła w końcu rudowłosa. –Skoro tobie wskoczyłam do łóżka po kilku dniach znajomości, to równie dobrze mogłam to zrobić z kimś innym, nie sądzisz? – spytała głosem wypranym z emocji, po czym podniosła się z klęczek i usiadła na łożko, nie obdarzając mnie ani jednym, marnym spojrzeniem.
-Bo wiem – odparłem bez zastanowienia. –Po prostu to czuję, rozumiesz? – otarłem rękawem bejsbolówki mokre policzki, po czym podszedłem do dziewczyny i złapałem ją za podbródek. Nie wytrzymała mojego wzroku i szybko spuściła oczy, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam rację.
-Dobra, w porządku – poddała się. –Jesteś ojcem tego dziecka, ale ja go nie chcę! Mam 17 lat, to niedorzeczne. Zresztą nawet nie wiem, jak trzeba się zajmować taką małą istotką. Nie poradzimy sobie – dziewczyna zaczynała coraz bardziej histeryzować. –Kiedy rodzice się dowiedzą wyrzucą mnie z domu i będę musiała…będę musiała… - nie dane jej było dokończyć, ponieważ przerwałem jej monolog spontanicznym, lecz namiętnym pocałunkiem, który Megan bez wahania odwzajemniła. Wyczułem, że kąciki jej ust automatycznie uniosły się ku górze, więc przedłużyłem pocałunek, wplatając swoje palce w jej miękkie, ogniste włosy. Niestety po kilkunastu, może kilkudziesięciu sekundach sprawy zaczęły dziać się za szybko. Megan niezdarnie próbowała ściągnąć ze mnie moją bejsbolówkę, na co ja odsunąłem się stanowczo. Nie mogłem po raz kolejny popełnić tego samego błędu, nie teraz, kiedy jest w miarę okej.
-Poradzimy sobie, tak? – spytałem, lekko muskając malinowe wargi dziewczyny, po czym pokrzepiająco się do niej uśmiechnąłem. –Przecież to nie koniec świata – dodałem, gładząc jej lekko zaczerwieniony od płaczu policzek.
-Mam nadzieję – szepnęła, wtulając się w mój tors.
Siedzieliśmy tak kilka, może kilkanaście minut i przez ten czas żadne z nas nic nie mówiło. W sumie nie wiedziałem, co mogłem jeszcze dodać. Będę ojcem, uff, chyba jeszcze to do mnie nie dotarło. Wczoraj nawet nie pomyślałbym, że moje życie zmieni się tak diametralnie przez krótki okres czasu, a tutaj niespodzianka! Tylko nie jestem pewny, czy taka niespodzianka do końca mi odpowiada. Przyjęcia niespodzianki, ustawione randki, urodzinowe prezenty – jak najbardziej tak, ale dziecko? Mam 18 lat, sam ciągle nie wiem, czego chcę, nie potrafię sam w pełni o sobie decydować, a teraz będę musiał wykazać się odpowiedzialnością i zaopiekować się tym dzieckiem. Wypiję piwo, które naważyłem przez jeden, pochopny czyn. Piwo o gorzkim, palącym gardło smaku, smaku życia i dorosłości. Ale problem w tym, że nie chcę być dorosły. Chcę się bawić, poznawać nowych ludzi, zakochiwać się, skończyć szkołę, pójść na studia. Przecież zawsze miałem tyle ambitnych planów, potem je porzuciłem, ale wbrew pozorom nie zapomniałem o nich i ciągle się ich trzymam. Niestety, tym razem nie spadłem na cztery łapy i będę musiał ponieść konsekwencje swojego szczeniackiego zachowania. I zrobię to, żeby udowodnić innym, że pomimo mojej maski twardego chłopaka, jestem warty więcej niż cena na metce, którą społeczeństwo już dawno do mnie przypięło.
-Zayn, mam do ciebie pytanie, ale obiecaj, że odpowiesz na nie szczerze, dobrze? – spytała zachrypniętym głosem dziewczyna i spojrzała w moje oczy.
-Będę tego żałował, ale obiecuję – odparłem, biorąc głęboki haust powietrza.
-Ty też nie chcesz tego dziecka – wyrzuciła z siebie Megan na jednym oddechu. To nie zabrzmiało jak pytanie, bardziej jak stwierdzenie. Powiedziała to takim tonem, jakby była tego pewna. No i proszę, rozgryzła mnie. Oczywiście nie zamierzam powiedzieć jej jaka jest prawda, nie chcę jej znowu ranić. Nie to jest moim priorytetem na chwilę obecną.
-To nie jest tak, że go nie chcę – wzruszyłem lekko ramionami. –Po prostu pogubiłem się w tym, co czuję i boję się, boję się, że w pewnym momencie to wszystko mnie przerośnie, a ja nie chcę wrócić do dragów, bo wiem, że tym razem nie potrafiłbym przestać.
-Brałeś narkotyki? – wyjąkała zdziwiona dziewczyna, a po jej policzku popłynęła pojedyncza, słona kropelka.
-Stare czasy – powiedziałem lekceważąco. -To dlatego przeprowadziłem się do Doncaster, chociaż tak bardzo chciałem tego uniknąć – dodałem, wbijając swój wzrok w panele.
-Żałujesz, że się tutaj wprowadziłeś? – Megan nie dawała za wygraną.
-I tak i nie.
-Dobra, przestaję cię męczyć, ale odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie – rudowłosa spojrzała na mnie niepewnie, na co ja skinąłem lekko głową, pokazując, że może mi je zadać. –No więc, tak czysto teoretycznie, gdybyś mógł cofnąć czas i wybrać jedno z wyjść: przyjechać do Doncaster, przestać ćpać, poznać mnie i mieć ze mną dziecko, czy ciągle żyć w Bradford, w sposób w jaki żyłeś, zanim tutaj przyjechałeś.
Słysząc to pytanie, wypuściłem ze świstem powietrze znajdujące się w moich ustach. To było trudne. Z jednej strony nigdy więcej nie chciałem wracać do ćpania, ale na dziecko też nie byłem gotowy. Ale jakby na to nie patrzeć, to dopiero tutaj poznałem ludzi, których mogę uważać za swoich znajomych i chyba stałem się lepszym człowiekiem. Trochę wbrew sobie, ale jestem zdania, że mógłbym polubić tego nowego Zayna. Może z małym trudem, ale dałbym radę, jestem tego pewny.
-Nie wiem, Megan – rzekłem, po kilkunastu minutach milczenia.- To trudne pytanie, ponieważ nigdy nie sądziłem, że zostanę nastoletnim ojcem, ale jakby na to nie patrzeć, to cieszę się, że rodzice zmusili mnie do przyjazdu tutaj. Staję się innym człowiekiem, skończyłem z dragami, poznałem Liama, Louisa, Harryego, Nialla, no i ciebie, Megan. Więc zdecydowanie wybieram wyjście numer jeden, chociaż jest znacznie bardziej skomplikowane. Ale ja wolę uporać się z problemami, a nie przed nimi uciekać.
-Zayn, ja nie wiem, co powiedzieć, naprawdę – wykrztusiła dziewczyna. –Zaimponowałeś mi – oznajmiła, lekko się uśmiechając. Niepewnie odwzajemniłem jej uśmiech, po czym wstałem z łóżka dziewczyny i podszedłem do okna w jej pokoju, z którego był doskonały widok na…tak, na okno do mojej sypialni. W innym wypadku pomyślałbym, że to romantyczne, ale teraz się po prostu ucieszyłem.
-Muszę już iść – zakomunikowałem po chwili milczenia, po czym podszedłem do rudowłosej, musnąłem jej policzek i skierowałem się w stronę drzwi.
-Ah, Zayn! Jeszcze jedno – zatrzymała mnie Megan, kiedy naciskałem klamkę.
-Tak? – uniosłem jedną brew.
-Myślę, że powinieneś powiedzieć swojej dziewczynie, że zostaniesz ojcem – syknęła zielonooka, a w jej tęczówkach dostrzegłem ból.
-Nie mam dziewczyny – powiedziałem spokojnie, chociaż w środku mnie się gotowało. Jak w ogóle mogła pomyśleć, po tym wszystkim…po tym jak ją pocałowałem, że Cassie to moja dziewczyna?
-Po tym, co widziałam w twoim domu wywnioskowałam inaczej – odpyskowała dziewczyna, otwierając przede mną drzwi wyjściowe. Nawet nie wiem kiedy znalazła się obok mnie.
-Zazdrosna jesteś? – spytałem, unosząc do góry jedną brew i zmrużyłem lekko oczy.
-Co? Nie, kretynie! – zaprotestowała szybko dziewczyna. –Pogięło cię?
-Daj spokój, wiem, co widzę.
-Myślę, że skończyliśmy – westchnęła ruda. –Możesz wyjść? – popatrzyła na mnie ze złością i szerzej otworzyła drzwi.
-Wyjdę, jak przyznasz, że jesteś zazdrosna – jak widać, jestem sprytniejszy i naprawdę nie wyjdę, dopóki tego nie usłyszę. W sumie sam nie wiem, co chcę przez to osiągnąć, ale chcę wiedzieć. Tak po prostu.
-Niech będzie, popatrz mi prosto w oczy – zarządziła dziewczyna, po czym położyła dłonie na moich ramionach i wbiła swój wzrok w moje tęczówki. –Zayn, prawda jest taka, że nie jestem o ciebie zazdrosna, bo mi na tobie nie zależy. Dziecko to jedyna rzecz, która nas w tym momencie łączy i mam nadzieję, że tak zostanie, a teraz wynoś się z mojego domu – niemalże wykrzyczała dziewczyna, po czym zdjęła swoje dłonie z moich ramion. Wytrzymała moje spojrzenie, nawet nie mrugnęła. Dopiero teraz zrozumiałem, że nic dla niej nie znaczyłem. Potraktowała mnie dokładnie tak samo, jak ja potraktowałem ją na samym początku. Zabolało, cholernie zabolało, ale nie dałem po sobie poznać, że się tym przejmuję. Wziąłem głęboki oddech, po czym posłałem Megan ostatnie spojrzenie.
-Jak miło wiedzieć, co tak naprawdę o mnie myślisz – warknąłem i wyszedłem z jej domu głośno trzaskając drzwiami. Czułem się podle, zawsze to ja traktowałem tak ludzi, ale dopiero teraz ktoś w odwecie potraktował mnie w sposób, który ranił na swój sposób. Byłem wściekły. Po części na Megan, ale najbardziej na siebie. Niepotrzebnie tutaj przychodziłem, wolałbym już nie wiedzieć, że zostanę ojcem tego dziecka. Wolałbym żyć szczęśliwie z dala od świata, ale nie, ja musiałem iść do Brown i coś sobie udowodnić. I udowodniłem. Dowiedziałem się też, że jej słowa, że mi wybacza, że wszystko będzie dobrze, że jej na mnie zależy były jednym, wielkim kłamstwem. Przecież do cholery przeprosiłem! Okazałem skruchę, a nawet powiedziałem, że cieszę się, że ją poznałem. Chociaż w sumie należało mi się. Teraz ja trochę pocierpię i będziemy kwita. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Ze złością wszedłem do domu, po czym od razu skierowałem się do mojego azylu. Rodziców nie było w domu, może to i lepiej. Zatrzasnąłem drzwi i uderzyłem pięścią w ścianę. W przypływie złości i negatywnych emocji mój pokój zamienił się w istne pobojowisko. Porozrzucane ciuchy, pozdzierane zasłony, wywrócony fotel i pęknięta szuflada komody. Teraz czas na gitarę. Wziąłem do ręki instrument, po czym zamachnąłem się w celu uderzenia gitarą o podłogę, ale nie potrafiłem tego zrobić. Coś we mnie pękło. Usiadłem na łóżku i przejechałem palcem po strunach, które wydały z siebie kilka cichych dźwięków. Potem jeszcze raz i kolejny i kolejny. Nie zorientowałem się nawet, kiedy zacząłem grać.
Po godzinie melodia była gotowa. Kto to widział, zaczynać piosenkę od melodii, a słowa zostawiać na koniec? No tak, cały ja. Ale jestem pewny, że słowa przyjdą mi z taką samą łatwością, jak muzyka. Odłożyłem gitarę na łóżko i wziąłem do ręki zeszyt, po czym zacząłem pisać.

Your hand fits in mine like it's made just for me
But bear this in mind it was meant to be.
And I'm joining up the dots with the freckles on your cheeks.
And it all makes sense to me.

I know you've never loved the crinkles by your eyes, when you smile.
You've never loved your stomach or your thighs.
The dimples in your back at the bottom of your spine.
But I'll love them endlessly.

I won't let these little things slip out of my mouth.
But if I do it's you, oh it's you they add up to.
I'm in love with you and all these little things.

You can't go to bed without a cup of tea..
And maybe that's the reason that you talk in your sleep.
And all those conversations are the secrets that I keep
Though it makes no sense to me.

I know you've never loved the sound of your voice on tape,
You never want to know how much you weigh.
You still have to squeeze into your jeans,
But you're perfect to me.

I won't let these little things slip out of my mouth..
But if it's true it's you, it's you they add up to.
I'm in love with you and all these little things.

You'll never love yourself half as much as I love you.
You'll never treat yourself right, darlin' but I want you to.
If I let you know, I'm here for you, maybe you'll love yourself,
Like I love you. Ooh..

I've just let these little things slip out of my mouth.
'Cause it's you, oh it's you.. it's you they add up to.
And I'm in love with you and all these little things.

I won't let these little things slip out of my mouth.
But if it's true. it's you.. it's you they add up to.
I'm in love with you. And all your little things.


~
Jest i kolejny rozdział. Szczerze? Nawet mi się podoba, fajnie wrócić do pisania po długiej przerwie. Wcześniejszy rozdział był tylko rozgrzewką, teraz mam nadzieję, że się rozkręcę. Tak, Megan jest w ciąży, ale przygotujcie się na niespodziankę, tylko jeszcze nie teraz. Do następnego.

Czytasz? Wyraź swoją opinię, bo to dla mnie ważne, xx.


Ps. Na My Dreams They Aren't As Empty również pojawił się nowy rozdział. Jeśli ktoś jest zainteresowany dalszymi losami Zayna, Nialla, Louisa, Harry'ego, Liama, Melanie a także Rebbeci, to serdecznie zapraszam do czytania mojego drugiego bloga :)

sobota, 23 lutego 2013

Rozdział VI: Będzie dobrze, niedługo wyjeżdżam.



Wchodząc za Tomlinsonem do garażu, wciąż trwałem w przekonaniu, że ten cały jego zespół to tylko grupa amatorów, którzy grają, bo nie mają nic lepszego do roboty. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Głosy chłopaków były bardzo dojrzałe jak na ich wiek. Śpiewali z pasją, a z ich oczu biło zaangażowanie. Było widać, że kochali to, co robili i byli w tym świetni…
Kiedy skończyli i zaczęli przybijać sobie piątki, czułem się nieco dziwnie. Poczułem ukłucie w sercu. Ach, ta pieprzona zazdrość! Czwórka najlepszych przyjaciół, mających jedną pasję, jeden wspólny cel, jedno marzenie i ja. Zayn Malik, zbuntowany chłopak bez żadnej wizji na najbliższą przyszłość. To bolało najbardziej. Fakt, że tkwię w jednej, wielkiej dziurze, z której wyjść nie potrafiłem czasami naprawdę mnie dobijał. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Louisa, który postanowił przedstawić mi swoich przyjaciół. Pierwszy raz odkąd przyjechałem do Doncaster, postanowiłem być naprawdę miły.
-Chłopaki, to jest Zayn, kumpel ze szkoły - oznajmił Lou i szeroko się uśmiechnął. -Zayn, to Harry, Liam i Niall - wskazał kolejno na bruneta z burzą loków na głowie, szeroko uśmiechniętego chłopaka z włosami zaczesanymi do góry i niebieskookiego blondyna, który właśnie wpychał do swojej buzi garść żelek. Widząc to, cicho się zaśmiałem i jak na wychowaną i kulturalną osobę przystało, podałem każdemu z osobna rękę i głupio się przy tym uśmiechając. Chyba zostałem przez nich zaakceptowany, bo po godzinie rozmawialiśmy wszyscy jak starzy, dobrzy kumple. Nawet sam Louis wydawał się nie dowierzać temu, że wbrew wszystkim pozorom jakie stwarzam od początku naszej znajomości, potrafię się zachować jak cywilizowany człowiek. Ja sam przed sobą musiałem przyznać, że w towarzystwie Liama, Nialla, Louisa i Harry’ego czułem się naprawdę dobrze. Byli zupełnym przeciwieństwem moich znajomych z Bradford. Nie potrzebowali narkotyków i alkoholu, żeby się fajnie bawić, a co najważniejsze - mieli wspólną pasję i naprawdę mi to imponowało. A ich piosenki, no cóż…miały w sobie coś takiego, co sprawiało, że chciało mi się tańczyć i śpiewać razem z nimi, co było do mnie zupełnie niepodobne.
-Co to był za numer? - spytałem, kiedy wszyscy zbierali się do wyjścia. Jakby na to nie patrzeć, nie mogliśmy nocować w garażu Tomlinsona. -Ten, który graliście na końcu - uściśliłem, czując na sobie spojrzenia chłopaków.
-Stole my heart - odparł Niall, zabierając ze stolika swoją paczkę żelek. -Napisaliśmy to wczoraj - uderzył się dumnie w pierś i spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami, oczekując mojej aprobaty.
-Jest świetny - powiedziałem zgodnie z prawdą, po czym wszyscy opuściliśmy garaż.
-Mi tam czegoś w nim brakuje - stwierdził krytycznie Hazza.
-Ciekawe czego… - prychnął Liam, na co Styles rzucił w niego żelką Nialla i głośno się zaśmiał.
-Sam nie wiem - Loczek wzruszył z obojętnością ramionami. -Zresztą nie zauważyliście, że nasz repertuar to tylko piosenki o prostym tekście, w którym zawsze występuje słowo ‘dziewczyna’ i są przystosowane głównie do tańczenia? Żadna poważniejsza wytwórnia nas nie zechce, jeśli będziemy ograniczać się tylko do piosenek takich jak „Stole my heart”.
-Wyluzuj, ja i tak uważam, że jesteście świetni - poklepałem Harry’ego po plecach i uniosłem kąciki ust ku górze. -A jeśli chcecie, ja mogę spróbować wam coś napisać. Jakiegoś wolnego smęta z poważniejszym tekstem - wypaliłem, nim zdążyłem ugryźć się w język. W ułamku sekundy poczułem, jak wszystkie cztery pary oczu zostały skierowane na mnie.
-Ty piszesz?! - wykrzyknęło równocześnie czterech chłopaków. Zaśmiałem się krótko, by ukryć swoje zmieszanie, ale skoro zacząłem temat, to wypadałoby go skończyć, prawda?
-Tak, ale to nic poważnego - odpowiedziałem, machajac lekceważąco ręką. -Powiedziałem, że mogę spróbować, ale niekoniecznie wam się to może spodobać.
-Zamknij się, Malik - zganil mnie Lou i uniósł kąciki swoich ust ku górze. -Napisz coś, a jak skończysz, to zadzwoń. Numer znasz - poklepał mnie po ramieniu, po czym pożegnał się z nami wszystkimi i wszedł do domu. Liam i Harry chwilę później też się pożegnali i wsiedli do zaparkowanego przy drzewie czarnego Range Rovera. Zostałem tylko ja, Niall i mój motor, o który właśnie się opierałem.
-Kurczę, chyba tylko ja nie mam swojego transportu - poskarżył się blondyn i spojrzał znacząco na mój motor.
-Chcesz, to cię podwiozę - zaproponowałem, rzucając kask w stronę Horana. Złapał go w ostatnim momencie i widać było, że zupełnie nie spodziewał się rzutu, bo zrobił to w ostatniej chwili. Skomentowałem to krótkim wybuchem śmiechu, po czym wsiadłem na motor i skinąłem brodą na miejsce pasażera.
-Zaaayn, gdzie twój kask? - spytał Horan, zapinając swój.
-Bezpieczeństwo pasażera zawsze jest najważniejsze - stwierdziłem rozbawionym głosem. -Poza tym, nigdy nie dostałem mandatu - dodałem, co nie do końca było zgodne z prawdą, bo dostałem kilka mandatów, ale wszystkie jeżdżąc autem, więc to się teoretycznie nie liczyło. Kiedy Niall wsiadł na motor, odpaliłem go i odjechałem spod domu Louisa, krzycząc do niebieskookiego ‘trzymaj się mocno!’.
Mijaliśmy ulice Doncaster w zawrotnym tempie, dopóki nie zajechałem pod wskazany przez Horana adres. Ulica, na której mieścił się jego dom sąsiadowała z moją ulicą, co mnie mile zaskoczyło. Kiedy oznajmiłem o tym blondynowi, podsumował to wesołym okrzykiem i wskoczeniem na moje plecy. Usiłowałem go z siebie zrzucić, co nie wyszło na dobre ani mnie, ani jemu, bo oboje wylądowaliśmy w fosie.
-Horan, żyjesz? - spytałem trzęsącym się ze śmiechu głosem, po czym wyszedłem z fosy i otrzepałem spodnie.
-Żyję! - wrzasnął Niall, ściągając ze swojej koszulki kawałki błota. -Twój kask ocalił mi życie, Zayn. Jesteś moim bohaterem - dodał, po czym oboje wybuchnęłiśmy śmiechem. Chwilę pogadaliśmy, zanim Niall oddał mi kask i odjechałem do domu. Czułem się inaczej, co nie oznacza, że źle. Poczułem się pierwszy raz od bardzo dawna zaakceptowany. Nie mogłem powiedzieć, że chłopaki są moimi przyjaciółmi, ale cieszyłem się, że ich poznałem. Tego mi chyba było trzeba. Akceptacji, śmiechu. Potrzebowałem kumpli, którzy byliby podobni do mnie i chyba takich znalazłem. ‘A co z twoim mechanizmem obronnym przed ludźmi?’ zadrwił wkurzający głosik w mojej głowie. Zignorowałem go. Nie chciałem, żeby mnie nienawidzili. Pomimo tego, że zawsze sądziłem, że tak jest lepiej, że nie powinienem przywiązywać się do ludzi, nie mogłem znieśc myśli, że mogliby mnie znienawidzić. Kiedy przebywałem z Lou, Hazzą, Nialem i Liamem moja maska znikała, a ja nie potrafiłem tego kontrolować. Bałem się, że zostanę zraniony, ale jeszcze bardziej potrzebowałem przyjaciół. Ludzi, z którymi będę mógł porozmawiać o wszystkim i nie będę musiał obawiać się, że wyjawią mój sekret. Do diabła z moim mechanizmem obronnym, niech się pieprzy. Louis miał rację, patrzę tylko na siebie. Jestem zapatrzonym w siebie egoistą i swoim zachowaniem odstraszam od siebie ludzi. I co z tego, że teraz tego żałuję, jak za kilka dni pewnie znowu zacznę robić to samo? Nie, nie, nie! Nie ma mowy, nie chcę być taki. W zasadzie to chyba wolę tego starego Zayna, nie buntownika, który wszystkimi pomiata. Podobało mi się to, ale tylko przez chwilę. Louis i reszta uświadomili mi, że można żyć inaczej. Można być lubianym i jednocześnie mieć dobrą reputację. Można odnosić się z szacunkiem do innych i niekoniecznie być ich zabawką. Dlatego też postanowiłem ponownie iść do Megan i ją przeprosić. Przynajmniej spróbować. A jeśli mi się nie uda, to po raz kolejny wbiję jej nóż w serce. I już nie będę miał szans, żeby to wszystko naprawić, a ta świadomość bez względu na to kim jesteśmy, boli.
Zaparkowałem motor w garażu, po czym wszedłem do domu i wszedłem do salonu, gdzie byli moi rodzice. Bądź miły, przynajmniej się postaraj. Wiem, że potrafisz - pokrzepiłem się w myślach, po czym niechlujnie oparłem się o futrynę drzwi.
-Wróciłem - powiedziałem, unosząc kąciki moich ust ku górze.
-Gdzie byłeś? - spytała Trisha, moja matka, kiedy już miałem iść do swojego pokoju.
-U kolegów, mieli próbę i chciałem zobaczyć jak grają - powiedziałem grzecznym tonem głosu, co nie uszło uwadze mojego ojca. Poprawił się w fotelu i uśmiechnął się pod nosem.
-Powiedziałeś im, że umiesz śpiewać? - spytał, wbijając we mnie swoje tęczówki.
-Nie - pokręciłem przecząco głową. -Zresztą wcale nie potrafię śpiewać - dodałem, wycofując się do swojego azylu, po czym wyjąłem z szafy granatową bejsbolówkę, założyłem ją i opuściłem dom z zamiarem złożenia wizyty Megan.


*Megan*
Wyszłam z łazienki i rzuciłam się na łóżko. Od kilku dni, a właściwie tygodni czułam się jak wrak człowieka, a teraz miało być jeszcze gorzej i czuję, że sobie z tym nie poradzę. A to wszystko przez niego. I to, że jego oczy, głos, dotyk, uśmiech, to, że on tak na mnie działa niczego nie usprawiedliwia. Zachowałam się jak kretynka i teraz mam za swoje. Będę ponosiła konsekwencje swojego błędu do końca życia. Teraz nie pragnęłam niczego bardziej niż śmierci. Nienawidziłam siebie, nienawidziłam całego świata i jego też nienawidziłam. Nie rozumiałam, co tak właściwie Zayn chce osiągnąć. Najpierw mnie przeprasza, robi złudne nadzieje, a potem mam okazję poznać jego dziewczynę. Chociaż to teraz nieważne, nic nie jest ważne. Nie powiem mu o niczym, po prostu wyjadę. Wyjadę jak najdalej od Doncaster. Jak najdalej od niego i tego chorego świata. Tylko sama nie wiem, czy to ma sens, skoro będę uzależniona od rzeczy, która ciągle będzie mi o nim przypominać. I co z tego, że jest najgorszym chamem? Ja wiem, że pod tą maską skrywa się całkiem ciepły i sympatyczny chłopak, który po prostu boi się pokazać swoją prawdziwą twarz. A gdyby tylko spróbował, wtedy może…NIE! Stop. To nie ma znaczenia, nie teraz. On ma dziewczynę, a ja mam po nim ‘pamiątkę’, o której nie powinien się nigdy dowiedzieć. Wbrew pozorom, nie chcę zepsuć mu życia, chcę żeby był szczęśliwy, chociaż zdaniem moich przyjaciół to głupie. Nic na to nie poradzę, taka jestem. I mam o to do siebie ogromny żal, ale to właśnie ja.
Z towarzystwa moich rozbieganych myśli wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Podejrzewałam, że to mama znowu zapomniała kluczy, ale to, co ujrzałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Spojrzałam na twarz Mulata, po czym otarłam mokre od łez policzki rękawem bluzy i zapraszającym gestem wpuściłam go do środka. Nie proponowałam mu nic do picia, wiedziałam, że nie po to tutaj przyszedł. Przyszedł, żeby narobić mi burdelu w głowie, a potem po raz któryś wbić w moje serce nóż. Usiadłam na łóżko wskazując mu miejsce obok siebie.
-Masz mi coś do powiedzenia, prawda? - spytałam, nawet na niego nie patrząc. -No więc słucham, wygarnij mi.
-Megan… - wyszeptał głosem, który wcale nie pasował do twarzy zimnego skurwiela. -To ty powinnaś mi wszystko wygranąć. I może źle zrobiłem, że tutaj znowu przyszedłem, ale…
-Masz rację, źle zrobiłeś - przerwałam mu. -Możesz już wyjść - dodałam, wskazując znacząco na drzwi.
-Proszę, wysłuchaj mnie - złapałem ją za podbródek i zmusiłem do spojrzenia sobie w oczy. -Przepraszam. Przepraszam za wszystko. To tylko słowa, ale jak najbardziej szczere. Przepraszam, że tak cię od siebie odpychałem. Przepraszam, że traktowałem cię jak ścierwo. Przepraszam, że musiałaś zobaczyć Cassie. Przepraszam, że tamtej nocy cię nie powstrzymałem. Megan, do cholery, spójrz na mnie!
-Zayn, ja… - wyszeptałam i zupełnie się rozkleiłam. Czułam jak łzy spływają po mojej twarzy, czułam jak wraz z nimi spływają resztki mojego makijażu, ale nie obchodziło mnie to. I tak wyglądałam jak potwór.
-Powiedz tylko, że mi wybaczasz - wyjąkał chłopak i przytulił mnie do siebie. -Wiem, że na to nie zasługuję, ale potrzebuję tego.
-Ja…ja - przygryzłam dolną wargę. -Wybaczam ci - wyszeptałam, pozwalając mu na to, żeby położył mnie do łóżka. Nie zaprotestowałam też kiedy przykrył mnie kołdrą i musnął swoimi chłodnymi wargami moje czoło.
-Dziękuję - szepnął, oddalając się od mojej twarzy. -Jesteś gorąca, zaraz przyniosę ci zimny ręcznik - dodał, wchodząc do łazienki. Potrzebowałam kilku sekund, aby odzyskać trzeźwość umysłu. Zerwałam się z łożka i pobiegłam w stronę otwartych drzwi.
-Zayn, nie! - krzyknęłam histerycznie, ale było już za późno. Zobaczyłam jak chłopak z niedowierzaniem patrzy najpierw na mnie, a potem ponownie na mały przedmiot, który trzymał w swoich dłoniach.
-To…to nie moje - odparłam drżącym głosem, ale nie zabrzmiało to szczerze.
-Nie kłam, Megan - powiedział spokojnie, ale zdecydowanie. -Zamierzałaś mi w ogóle o tym powiedzieć?
Pokręciłam przecząco głową i wbiłam wzrok w swoje stopy. Zayn nawet na mnie nie spojrzał, tylko minął mnie w drzwiach, oparł się o ścianę i zsunął się po niej, siadając na podłogę, rzucając białym przedmiotem o łóżko. Wyszłam z łazienki i spojrzałam na niego niepewnie. Płakał. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Kucnęłam przy nim i delikatnie objęłam go ramieniem.
-Będzie dobrze, niedługo wyjeżdżam - szepnęłam, pozwalając by łzy ponownie pociekły z moich oczu. 


~
Dobry wieczór! :) Jest i rozdział 6. Napisałam go dzisiaj i jestem z siebie dumna, bo mi się podoba. Jeśli ktoś to czyta, proszę o komentarz, bo chcę wiedzieć, czy piszę jeszcze dla kogoś, czy tylko dla siebie.
Dobranoc, xxx. 

wtorek, 12 lutego 2013

No cześć.

Hej. Strasznie długo mnie tutaj nie było prawda. To już pół roku. Sama nie mogę uwierzyć, że tak szybko zleciało. Chciałam Was wszystkich przeprosić. Mówiąc Was, mam na myśli wszystkich czytelników i obserwatorów. Osoby, które były ze mną przez krótki okres trwania tego bloga. Nie chciałam tak się odcinać, ale miałam mnóstwo problemów, z którymi musiałam się uporać. I wiem, to pewnie żadne wytłumaczenie, ale jeśli jeszcze ktoś czyta tego bloga...mam nadzieję, że zrozumiecie. Teraz, leżąc w łóżku z laptopem i rozmyślając o tym, co przez ten czas się ze mną działo, pomyślałam, że chętnie znowu aktywowałabym tego bloga. Może się łudzę, że może być tak, jak było kiedyś, ale jeśli się czegoś chce, trzeba do tego dążyć, prawda? Wierzę w to, że uda mi się wrócić. Zarówno tutaj, jak i na 'My dreams they aren't as empty.', ponieważ tak naprawdę, to nie zapomniałam, jak bardzo lubiłam pisać. To było dla mnie ucieczką. Wciąż nią jest tak właściwie. I co najważniejsze, ciągle jestem Directionerką. I pomimo tego, że w tym roku skończę 17 lat, to się tego nie wstydzę. To właśnie chłopcy nauczyli mnie, żeby dążyć do spełniania swoich marzeń. A moim aktualnym marzeniem jest wrócić do pisania, które kiedyś sprawiało mi tyle radości. I jasne, że mam wzloty i upadki, jak każdy, ale doszłam do wniosku, że nie powinnam zostawiać moich blogów niedokończonych. Muszę skończyć to, co zaczęłam i zrobię to. Mam tylko nadzieję, że jestem wystarczająco silna...
A teraz czas na oficjalne podziękowania.  Dziękuję za 14377 na dzień dzisiejszy wyświetleń. Może to dla innych mało, ale dla mnie cholernie dużo. Dziękuję za ponad 80 komentarzy, które sprawiały, że naprawdę przywiązałam się do Was i do tego bloga. I wreszcie dziękuję za to, że byliście ze mną. Bo to jest najważniejsze. Mam nadzieję, że z upływem czasu wrócicie do czytania tego bloga. Mam nadzieję, że wszystko będzie tak, jak dawniej. Możecie mówić, że żyję złudzeniami, niech będzie. Ale dopiero po 6 miesiącach zdałam sobie sprawę, że ten blog cholernie dużo dla mnie znaczył.

Trzymajcie się ciepło <3

poniedziałek, 16 lipca 2012

Rozdział V: Odniosłeś kiedyś takie wrażenie, że wiedziałeś, że w zasadzie masz wszystko, czego zapragniesz, a tak właściwie nie miałeś nic?


Tylko mój przyspieszony oddech przypominał mi o tym, że jestem w stanie jeszcze cokolwiek poczuć, że w dalszym ciągu jestem człowiekiem. Że pomimo tego całego wyścigu szczurów, mogę zmusić się do jakiegoś uczucia. Muszę pokazać, że egoizm nie jest na szczycie listy moich wartości. Chociaż...z drugiej strony dzisiaj zachowałem się właśnie jak pierwszej klasy egoista. Cassie się należało, ale Megan niepotrzebnie przeze mnie cierpiała. Brawo, wreszcie przejmujesz się czyimiś uczuciami – usłyszałem w swojej głowie. Uhu, czyli denerwujący głosik postanowił wrócić. Jaaasne, po co mi spokój? Przecież mogę rozmawiać z wytworem mojej wyobraźni i popadać w coraz większą paranoję. Równie dobrze mógłbym wyjść i się naćpać. Narkotyki były ucieczką od problemów, drogą do lepszego świata. Moją odskocznią. Gdy byłem pod wpływem, wtedy wszystko wydawało się prostsze, piękniejsze. Czułem, że mogłem latać. Ale teraz, mała cząstka mnie powstrzymuje mnie od wrócenia do nałogu. Wiem, że zamiast uciekać od problemów, mogę z nimi walczyć. Wystarczy tylko trochę chęci i życie od razu jest piękniejsze.
Zdając sobie sprawę, o czym tak właściwie myślę, prychnąłem z pogardą. To nie jest normalne, mimo wszystko. Gdzie się podział ten zbuntowany bad boy, którym tak bardzo chciałem być? Nie uwierzę, że zniknął za sprawą jednej, drobnej, działającej mi na nerwy istotki. To nawet brzmi absurdalnie.
-Zayn! Wróciliśmy! - moje rozmyślania przerwał donośny głos mojej matki.
-Cudownie – mruknąłem z wyczuwalnym sarkazmem. Nawet nie miałem ochoty pytać, gdzie byli. Zbyt wiele spraw zwaliło się na moją głowę, a ja co gorsza, nie potrafiłem sobie z nimi poradzić. I to mnie bolało. Cholernie bolało. Nie mogłem przywyknąć do tego, że nie potrafię sobie z czymś poradzić, przecież zawsze wychodziłem ze wszystkiego z ‘podniesionym ogonem’. Dlaczego i tym razem nie mogło tak być? Wszystko musiało się skomplikować. Gdybym nie był opętany żądzą zemsty, Cassie nie znalazłaby się w moim domu, a Megan nie musiałaby jej oglądać i tkwić w przekonaniu, że ta pusta blondynka jest moją dziewczyną. Głośno westchnąłem, po czym wyciągnąłem z paczki jedną fajkę, wsadziłem sobie ją do ust i odpaliłem. Zaciągając się papierosem, czułem jak moje zmartwienia ulatniają się z jego dymem. Przyjemne uczucie, chociaż na chwilę o tym zapomnieć. Musiałem to zrobić. Po prostu musiałem, chociaż jeszcze chwilę temu twierdziłem, że używki są tylko ucieczką od problemów, że pokazują jak bardzo jestem słaby, teraz nie potrafiłem powiedzieć ‘nie’. Palenie było wewnętrzną potrzebą. Oparłem się o parapet i odruchowo spojrzałem na dom Megan. Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że coś mnie do niej ciągnie. Nie lubię jej. To jasne. Ona mnie też nie lubi i wszyscy są szczęśliwi. Tylko dlaczego wciąż o niej myślę? Dlaczego ilekroć zamykam oczy, widzę jej twarz? W uszach dudni mi jej melodyjny, irytujący głosik, a na ustach czuję jej pocałunki, którymi obdarowywała mnie tamtej pamiętnej nocy? To wszystko jest dla mnie za trudne. Jeszcze niedawno fakt, że nie potrafię sobie poradzić z problemami by mnie śmieszył, ale dzisiaj do śmiechu mi nie było. Potrzebowałem rozmowy. Rozmowy z osobą, która poznała się na mojej masce i potrafi spojrzeć na zaistniałą sytuację bezstronnie. Pierwsze o kim pomyślałem, była Megan, ale nie chciałem na razie skazywać jej na moją obecność. Definitywnie miała mnie dość. Jedyną deską ratunku byli moi rodzice, albo Louis. Pierwszą opcję od razu odrzuciłem. Jeszcze mi tego brakowało, abym rozmawiał z rodzicami o moich problemach. Ciekawe jakby zareagowali na to, że przespałem się z Megan po kilku dniach znajomości. Pozostawał Louis. Nie byłem tylko pewien, czy chłopak chce ze mną rozmawiać. Wyrzuciłem końcówkę szluga przez okno, po czym wszedłem na stronę naszej szkoły, gdzie każdy uczeń miał swój indywidualny profil. W wyszukiwarce wpisałem Louis Tomlinson i kliknąłem przycisk ‘Szukaj’. Ukazał mi się jeden wynik. Na avatarze widniała roześmiana twarz chłopaka, a pod spodem wpisy od znajomych. Poczułem lekkie ukłucie w sercu. Zazdrościłem Tomlinsonowi, że ma tylu prawdziwych przyjaciół, że nie jest pieprzonym egoistą i potrafi dogadać się z każdym. Nie powiem, imponowało mi to. Po głębszym zastanowieniu się, wszedłem na profil Lou i spisałem numer jego telefonu, który miał tam podany. Ok, teraz albo nigdy - przemknęło mi przez myśl, gdy naciskałem zieloną słuchawkę. Najwyżej mnie spławi, raczej się tym nie przejmę.
-Halo? - usłyszałem w słuchawce stłumiony głos Louisa.
-Eee…Cześć - mruknąłem w odpowiedzi i podrapałem się po skroni.
-Może się przedstawisz? - Tomlinson był wyraźnie rozbawiony. Wzniosłem wzrok ku niebu. On i ta cała jego dziecinność.
-Racja – uderzyłem się w czoło. -Ale jak powiem ci, kim jestem, nie rozłączaj się, chociaż dałem ci wyraźnie do zrozumienia, że…
-Malik? – przerwał mi Tommo. –Czym sobie zasłużyłem, że do mnie zadzwoniłeś? To jakaś kara? Przecież nie zrobiłem nic złego – zaczął lamentować do słuchawki.
-Mogę się rozłączyć, jeśli chcesz – wzruszyłem obojętnie ramionami, chociaż wiedziałem, że Lou tego nie zauważy. -Ale skoro stwierdziłeś, że jestem interesujący, to pomyślałem, że mógłbyś mi pomóc – fakt, że na niego naskoczyłem, pominąłem.
-Ja? Tobie? – zdziwił się chłopak. –W czym? W pomiataniu innymi? Nie dziękuję. Zresztą ty jesteś w tym mistrzem, nie potrzebujesz pomocy.
-Nie wydurniaj się – warknąłem. –Przepraszam cię. Okej? Przepraszam. Zachowywałem się jak dupek, bo jestem dupkiem. Jestem największym egoistą, jakiego kiedykolwiek poznałeś i może nie zasługuję na jedną pieprzoną rozmowę z tobą, ale jej potrzebuję. Potrzebuję bardziej niż czegokolwiek – wyrzuciłem z siebie na jednym tchu.
W słuchawce zapanowała cisza. Do moich uszu docierał tylko równy oddech mojego rozmówcy.
-Skatepark, za pół godziny – oznajmił w końcu Louis. Odetchnąłem z ulgą. –Dasz radę?
-Jasne. Dzięki – odparłem, rozłączając się. Komórkę rzuciłem na łóżko, po czym na szary t-shirt nałożyłem bejsbolówkę i wyszedłem z domu. Wsiadłem na moją YAMAHĘ i wyjechałem z garażu.
Z zawrotną prędkością mijałem ulice Doncaster. Niby miałem jeszcze dużo czasu, ale nie do końca wiedziałem, gdzie jest ten skatepark, o którym mówił Louis. Pierwszy raz w życiu, nie chciałem się gdzieś spóźnić.
[…]
Po krótkich poszukiwaniach, w końcu dotarłem do celu. Zsiadłem z YAMAHY i wszedłem na teren skateparku. Z daleka ujrzałem jeżdżącego na deskorolce Louisa. Czy było coś, czego on nie potrafił?
-Cześć – powiedziałem dość głośno. Tomlinson zeskoczył z deskorolki i podszedł do mnie.
-Cze – odpowiedział, patrząc na mnie krzywo. –O czym to chciałeś ze mną pogadać?
-O życiu – wypaliłem, nim zdążyłem ugryźć się w język.
-Staaary – przeciągnął się Louis. –Co cię wzięło na takie wywody? - spytał rozbawionym głosem. Nie dałem się sprowokować. Z kamienną miną usiadłem na rampie i spojrzałem na Tomlinsona.
-Odniosłeś kiedyś takie wrażenie, że wiedziałeś, że w zasadzie masz wszystko, czego zapragniesz, a tak właściwie nie miałeś nic? – spytałem retorycznie. Nie czekając na odpowiedź Louisa, ciągnąłem swój monolog. –Ja właśnie jestem w takiej sytuacji, mam bogatych rodziców, mogę kupić sobie, co tylko chcę, mam samochód, motor, ale nie mam chyba najważniejszej rzeczy. Przyjaciół.
-Nie masz przyjaciół, bo nie dopuszczasz do siebie ludzi, zachowujesz się jak zranione zwierzątko – wytknął mi Tomlinson. –Twoja przeszłość chyba naprawdę musi dawać ci się we znaki, Zayn.
-A ty jakbyś się zachowywał, gdyby dwoje najbliższych ci ludzi, dziewczyna i przyjaciel przespali się ze sobą?! – maska opanowania, którą przywdziałem na moją twarz, w okamgnieniu zniknęła. –Może mam kurwa śpiewać i tańczyć z radości? I co z tego, że od tamtego zdarzenia minęło już trochę czasu? Nie zapomnę tego, że ćpałem i chlałem na potęgę. Przecież ciągle mnie ciągnie do dragów. Wiesz, ile mnie kosztuje to, żeby powstrzymać się od załatwienia prochów? Od czasu, kiedy Cassie i Frankie powiedzieli mi, że ze sobą spali, czuję się jak ścierwo. Zjebali mi życie. Niepodważalnie – zakończyłem swoją wypowiedź cichym westchnięciem.
-A nie pomyślałeś kiedyś, ilu osobom ty zjebałeś życie? – spytał Louis, przerywając niezręczną ciszę.
-Nie mówimy teraz o tym, komu ja zjebałem życie – mruknąłem, chociaż miałem świadomość jak to zabrzmiało.
-Widzisz? Gdybyś nie był takim pieprzonym egoistą i pomyślał czasem o innych, a nie widział tylko czubek własnej dupy, miałbyś masę przyjaciół. Człowieku, weź się obudź z tego snu, gdzie jesteś niedostępnym palantem i przyjmij do wiadomości, że są osoby, którym na tobie zależy.
-Chyba tylko moim rodzicom – zakpiłem. W sumie w ostatnim czasie to nawet w to wątpiłem. Jak mogło im zależeć na kimś tak niewdzięcznym?
-Zaraz ci przywalę – warknął Louis, zaciskając pięści. –Rozejrzyj się, ile ludzi się o ciebie martwi. Nie zauważyłeś, że Megan na tobie zależy? Przecież, gdyby tak nie było, nie wskoczyłaby ci do łóżka na imprezie u Jake’a.
-Słucham? Skąd o tym wiesz? – wbiłem wzrok w twarz Lou.
-Całe Doncaster o tym trąbi – stwierdził, zaciskając wargi w cienką linię. Wiedziałem, że żartuje.
-Mniejsza – machnąłem ręką. –Była pijana, to dlatego się ze mną przespała.
-Widzisz, właśnie przez takie zachowanie mogłeś, albo zjebałeś jej życie. Dlaczego nie powiedziałeś stop?
-Nie myślałem wtedy trzeźwo, ale mam świadomość, że to było głupie i żałuję, że się na to zgodziłem – wzruszyłem obojętnie ramionami. To, że Meg cholernie mnie pociągała, pominąłem.
-Powiedz to Megan, a nie mi – odpowiedział Louis, podnosząc się z rampy. –Fajnie, że jednak da się z tobą normalnie pogadać, Malik. Gdybyś jeszcze czegoś chciał, wiesz gdzie mnie szukać. Teraz muszę spadać, mam próbę.
Kiwnąłem twierdząco głową i miałem się pożegnać, ale ostatnie słowo wypowiedziane przez Louisa, przykuło moją uwagę.
-Próbę? – uniosłem pytająco jedną brew.
-Tak. Jestem w zespole – Tommo uśmiechnął się lekko. –Jak masz czas, to chodź, zobaczysz jak gramy…

~

Tsaa, krótki, ale kolejny będzie dłuższy. Macie moje słowo. Ponad miesiąc nic nie dodawałam, ale odświeżam to opowiadanie i postaram się dodawać jeden rozdział na tydzień, albo na dwa tygodnie. Zobaczę jeszcze jak z czasem. Przecież mam jeszcze My Dreams They Aren't As Empty i też muszę tam pisać (jaaasne, tam jestem systematyczna przynajmniej, wiem). Oks, rozdział, jak to rozdział, poświęcony wewnętrznemu monologowi Zayn'a i rozmowie z Lou. Nie, nie będzie między nimi żadnego bromance, od razu mówię :D Wróżę im przyjaźń, ale co przyniesie czas, nie wiadomo. Z tym zespołem to wyskoczyłam jak Filip z Konopi, heheheheszki, ale zobaczymy co będzie dalej i czy moja wyobraźnia będzie chciała ze mną współpracować. Tenteges, nie zanudzam już, ale jak czytasz, to proszę wyraź swoją opinię. Trololo, do kolejnego. Nie wiem, gdzie pojawi się szybciej, czy tu czy na My Dreams (...) ale zobaczymy. Zaraz do tej notki wjebutam button, który mam zamiar zrobić, o. Trzeba się poreklamować, nie?
Miłego. Do kolejnej :3 

sobota, 9 czerwca 2012

Rozdział IV: Jeśli się kogoś kocha, to wybacza mu się wszystkie błędy.



Cassie nie kazała na siebie długo czekać – pomyślałem, kiedy usłyszałem irytującą melodyjkę, która sygnalizowała, że ktoś nacisnął dzwonek. Niechętnie wstałem z fotela, po czym ruszyłem do przedpokoju, aby otworzyć drzwi blondynce.
-Wejdź – powiedziałem zachęcająco.
-Dzięki – wyminęła mnie w drzwiach, uśmiechając się. -Zaskoczyło mnie to, że zadzwoniłeś.
-Musiałem z tobą pogadać – odrzekłem obojętnym tonem.
-O czym? – spytała podejrzliwie.
-Chodź – wskazałem brodą na mój pokój i poleciłem jej usiąść na łóżku. Sam zająłęm miejsce obok niej. Po chwili zawahania ująłęm jej dłonie i spojrzałem prosto w błękitne oczy.
-Zayn…O co chodzi?
-Wiesz, dużo o tym myślałem – zacząłem niepewnie. -O tym naszym pocałunku, o tym, co razem przeżyliśmy i o tym jak mi cię brakowało. I prawda jest taka, że nigdy nie przestałem cię kochać.
-Słucham? – dziewczyna spojrzała na mnie dużymi jak spodki oczyma.
-Zależy mi na tobie, Cassie – powtórzyłem. -Cholernie mi na tobie zależy. Zawsze mi zależało i już zawsze będzie zależeć. Jesteś moją pierwszą, prawdziwą miłością, a jeśli się kogoś kocha, to wybacza mu się wszystkie błędy. I ja jestem gotów ci wybaczyć, tylko muszę mieć pewność, że ty również mnie kochasz.
-Zayn...ja... – blondynka zaczęła się jąkać, ale już wiedziałem, że dziewczyna jest na tyle zdesperowana, że powie wszystko, byleby tylko do mnie wrócić.
-Rozumiem - mruknąłem z rezygnacją, po czym odwróciłem się do Cassie plecami. W odpowiedzi dziewczyna objęła mnie w pasie i złożyła na moich wargach słodki pocałunek.
-Ja również cię kocham, Zayn - wyszeptała czule do mojego ucha. Uśmiechnąłem się w duchu. Połknęła haczyk. Teraz mam szansę na to, żeby odpłacić jej się za wszystkie krzywdy, które mi wyrządziła i zrobię to. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Kto jak kto, ale Cassie nie zasługiwała na moje współczucie.
Zadowolony z tego, że mój plan się powiódł, pocałowałem dziewczynę w usta i lekko pchnąłem na łóżko, by chwilę później składać delikatne pocałunki wzdłuż lini jej obojczyków. Cassie co jakiś czas wydawała z siebie pomruki zadowolenia, lecz gdy zabrała się za ściąganie mojej koszuli, kategorycznie odmówiłem. Nigdy więcej nie będę uprawiał seksu z tą dziewczyną. Brzydzę się nawet jej dotykać, ale muszę zachowywać pozory normalności. Przecież nie mogę pozwolić, żeby Cass zdała sobie sprawę, że ta moja cała miłość do niej jest tylko iluzją.
-Mam na ciebie ochotę - wymruczała mi do ucha, niczym drapieżna kotka.
-Nie dzisiaj - uciąłem krótko, wstając z łóżka.
Wolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi, ponieważ usłyszałem irytującą melodyjkę dzwonka. Z rozpiętą koszulą przekręciłem klucz.
-Cz…cześć - usłyszałem melodyjny głos, a chwilę później ujrzałem burzę rudych włosów.
–Megan? - spytałem zdziwiony, lecz chwilę potem moją twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Cholera, od kiedy to Brown tak na mnie działa?
-Przyszłam cię przeprosić, za to jak cię wcześniej potraktowałam - oświadczyła pewniejszym tonem, po czym wskazała brodą na mój salon. -Mogę wejść, czy będziemy tutaj rozmawiać?
Niespokojnie rozejrzałem się, czy Cassie nie kręci się w pobliżu, ale najwidoczniej została w mojej sypialni.
-Wejdź – powiedziałem po chwili. Megan wyminęła mnie w drzwiach i usiadła na kanapę, która stała w moim salonie.
-Zayn…słuchaj - zaczęła, starając się, by jej głos nie zadrżał.
-Wiem po co tutaj przyszłaś i nie masz mnie za co przepraszać – przerwałem jej. -To raczej ja powinienem ciebie przeprosić, bo od początku naszej znajomości traktuję cię jak ścierwo.
-Masz taki charakter, a ja nie mam do ciebie o nic żalu – rudowłosa wzruszyła obojętnie swoimi drobnymi ramionkami.
-Ja…ja nie zawsze taki byłem – wyjąkałem. –To przez to, że mój najlepszy kumpel przespał się z moją dziew… - nie dane mi było skończyć, ponieważ właśnie w tym momencie ‘moja dziewczyna’ jak burza wparowała do salonu.
-Kto to jest? – warknęła Cassie, łypiąc groźnie na Megan. –I co ona do cholery tutaj robi?
-Megan, sąsiadka Zayna – oświadczyła spokojnym tonem zielonooka. –Miło mi cię poznać – dodała, wyciągając swoją smukłą dłoń w kierunku Cass.
-Cassie, dziewczyna Zayna – odparła ‘moja dziewczyna’, ignorując wysuniętą dłoń Meg, po czym namiętnie pocałowała mnie w usta. Szybko ją od siebie odepchnąłem, ale nie zdążyłem zatrzymać Megan. Wybiegła z mojego domu, a trzask zamykanych drzwi ciągle dudnił mi w głowie. Westchnąłem z rezygnacją.
-Dlaczego to zrobiłaś? – warknąłem w stronę Cassie. –Nie jesteś moją dziewczyną do cholery.
-Ale powiedziałeś…
-Kłamałem, rozumiesz? Kłamałem! – wrzasnąłem. –Chciałem się na tobie zemścić, ale nie wyszło, wynoś się z mojego życia i nigdy nie wracaj – złapałem ją za nadgarstek i wyprowadziłem za drzwi.
-Idź sobie do tej rudej szmaty – powiedziała spokojnie blondynka. –Ale nie dam ci spokoju, zobaczysz, jeszcze pożałujesz – zagroziła mi, opuszczając moją posesję.


~~

 To jest tylko część rozdziału IV. Próbuję napisać kolejną, ale mi to nie wychodzi, po prostu nie potrafię stworzyć niczego sensownego, dlatego też zawieszam tego bloga. Nie, nie usunę go, poczekam, aż wena i pomysły wrócą. Wiem, że ma on dopiero prolog i cztery rozdziały, ale nie widzę innego wyjścia, bo nie chcę, żeby to, co piszę wyglądało jak jedno wielkie GÓWNO. Będę dalej pisała rozdziały, ale jeśli będą takie jak ten, to nie będę ich wstawiała.
Tymczasem zapraszam na mojego nowego bloga o 1D. Pisałam go już wcześniej, ale zaczęłam pisać Cause We Are The Same i sobie odpuściłam. Mam już kilka rozdziałów, więc mam nadzieję, że będziecie go czytać równie chętnie, jak czytacie tego.

środa, 23 maja 2012

Rozdział III : "Chcę wrócić do Bradford, ale nie mogę. Rozumiesz? Gdyby nie ty, to wszystko by się nie stało. Nie musiałbym zaczynać nowego życia."


Wpatrywałem się w szczupłą blondynkę dużymi jak spodki oczyma. Wszystkich bym się tutaj spodziewał, ale jej? Nigdy.
-Co ty tutaj robisz? – spytałem, zbierając swoje pudełka.
-Mogłabym spytać ciebie o to samo – odpowiedziała i lekko się uśmiechnęła. -Dlaczego wyjechałeś bez pożegnania?
-Dlaczego? – wybuchłem. –A co ty byś zrobiła, gdybyś się dowiedziała, że twoja dziewczyna i twój najlepszy przyjaciel przespali się ze sobą? Zacząłem wciągać kokę i imprezować, aż rodzice się wściekli i oznajmili, że się przeprowadzamy.  
-Czyli to…przeze mnie zacząłeś brać? – dziewczyna spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-I Frankie’go – uściśliłem, patrząc prosto w jej niebieskie oczy.
-Ja przepraszam… - wyjąkała blondynka. –Nie chciałam, żeby tak wyszło.
-Nie chciałaś?! – krzyknąłem. –Trzeba było myśleć o tym wcześniej, zanim wskoczyłaś do łóżka Frankie’mu. Wiesz co ci powiem, Cassie? Jesteś zwykłą szmatą i nigdy nie wybaczę ci tego co zrobi…
-Zayn, ale ty nie rozumiesz… - weszła mi w słowo.
-Nie rozumiem? – teraz to ja jej przerwałem. -Może dlatego, że tutaj nie ma czego rozumieć? Zdradziłaś mnie. Tego nie da się wymazać z pamięci. A teraz powiedz mi, po co przyjechałaś do Doncaster?
-Szukałam cię – oświadczyła pewnym tonem niebieskooka.
-Nie chrzań – warknąłem w jej stronę.
-Zayn, posłuchaj…wiem, że głupio zrobiłam i, że teraz pewnie mnie nienawidzisz, ale to nie zmienia faktu, że ja ciągle cię kocham. Jeździłam po całym West Yorkshire, a teraz jestem tutaj, w South Yorkshire i mam cholerne szczęście, że cię spotkałam. Olałam dla ciebie wszystko, szkołę, rodziców…musisz to docenić!
-Problem tkwi w tym, że ja nic nie muszę – rzekłem spokojnym głosem, po czym odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi.
-Czyli mam wracać do domu?! – wrzasnęła rozhisteryzowana Cassie.
-Rób co chcesz, mnie to nie obchodzi – odparłem kpiąco. –Zresztą do Bradford jest godzina drogi autobusem, spokojnie trafisz – dodałem, wychodząc przez obrotowe drzwi.
-Jak ci tu jest? – dziewczyna nie dawała za wygraną.
-A jak ma być? – podniosłem głos. -Jest do dupy. Chodzę do beznadziejnej szkoły, mam beznadziejnych znajomych. Chcę wrócić do Bradford, ale nie mogę. Rozumiesz? Gdyby nie ty, to wszystko by się nie stało. Nie musiałbym zaczynać nowego życia.
-Ale co stoi na przeszkodzie, abyś teraz wsiadł ze mną do autobusu? – zapytała niepewnie blondynka. –Pojechalibyśmy do Bradford i wszystko byłoby tak jak dawniej.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem i zacząłem się nad tym głęboko zastanawiać. Racja,  mogłem w każdej chwili wsiąść w autobus i uciec z Doncaster, ale czy to by coś dało? Och, jasne, że tak. Zero kontroli rodziców. Zero obowiązków. Dostęp do kokainy. Propozycja jest kusząca, ale czy właśnie tego naprawdę chcę? Przez powrót do dawnego towarzystwa z pewnością stoczyłbym się na dno. W sumie to już nie ma żadnego znaczenia. Już od dawna jestem na dnie, niżej nie da się upaść. Wiem, że nie powinieniem tego robić, ale propozycja Cassie wydawała się taka kusząca.
-Nie – powiedziałem trochę wbrew sobie.
-Co? – dziewczyna chyba nie zrozumiała o co mi chodzi.
-Nie pojadę z tobą, ani z nikim innym do Bradford. Zostaję w Doncaster – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
-Przecież nienawidzisz tej mieściny – wytknęła mi blondynka.
-To prawda – przytaknąłem. –Ale wiesz czego jeszcze bardziej nienawidzę od Doncaster? Czego naprawdę nie mogę znieść? – uniosłem jedną brew. -Ciebie – syknąłem w stronę dziewczyny, po czym ruszyłem w stronę mojego samochodu.
-Zaczekaj! – usłyszałem głos Cass.
-Czego jeszcze chcesz?
-Zostanę tutaj – oświadczyła pewnie. –Zostanę, dopóki mi nie wybaczysz. Chociażbym miała spać na przystanku i żebrać o pieniądze na jedzenie. Zostanę.
-Jeszcze ci mało? Spieprzyłaś mi życie. To ci nie wystarcza? – spojrzałem na nią z powątpiewaniem.
-Zrozum, że cię kocham! – krzyknęła, przykuwając tym samym uwagę innych ludzi.
-Jeśli mnie kochasz, to proszę daj mi spokój – szepnąłem. -Daj mi spokój, bo nie chcę cię już znać – nacisnąłem przycisk na kluczykach, który otwierał drzwi do mojego Bugatti, rzuciłem zakupy na przednie siedzenie i chciałem wsiąść do samochodu. Nie zauważyłem nawet, kiedy Cassie przybliżyła się do mnie. Nim zdążyłem zaprotestować, dziewczyna złożyła na moich ustach delikatny pocałunek, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej namiętny. I wtedy wszystko wróciło. Nasze wspólnie spędzone chwile, pocałunki. Uświadomiłem sobie, jak bardzo brakowało mi jej ust, ciepła, głosu, dotyku. Oparłem dziewczynę o Bugatti i przywarłem do niej całym ciałem. Wplotłem palce jednej ręki w jej włosy, a drugą przeniosłem na talię blondynki. Odwzajemniałem zachłannie każdy jej pocałunek przez dłuższą chwilę, nim zorientowałem się co tak właściwie robię. Odskoczyłem się od Cassie jak oparzony.
-Zayn… - wyszeptała blondynka i chciała mnie przytulić.
-Co to do cholery było? – warknąłem, odpychając ją od siebie.
-Nie wiesz? – zapytała, kusząco przygryzając dolną wargę. –Właśnie się pocałowaliśmy. Jeśli chcesz, mogę to powtórzyć – dodała i zaczęła przybliżać się do mojej twarzy.
-Nie – zaprotestowałem cicho, po czym usiadłem na krawężniku. –Proszę cię, idź sobie.
-Jak chcesz – odrzekła rozczarowana. –Zadzwoń – powiedziała jeszcze na odchodne i oddaliła się. Stukot jej szpilek rozniósł się po parkingu.
Wsadziłem głowę między kolana. Całowałem się z osobą, której nienawidzę całym sercem. Dopiero teraz to do mnie dotarło. Szczerze mówiąc, ten pocałunek nic dla mnie nie znaczył. Tylko jedno mnie zastanawiało, mianowicie: dlaczego, do cholery, kiedy całowałem Cassie przed oczami stawała mi twarz Megan? Potrząsnąłem gwałtownie głową, starając wyrzucić się z myśli obraz obu dziewczyn. Bez skutku. Ciekawe jak Meg czuje się po spędzonej ze mną nocy. Muszę sobie z nią to wyjaśnić. Dać do zrozumienia, że to, co się stało, to był zwykły impuls. Podniosłem się z krawężnika i wsiadłem do samochodu.
~10 minut później~
Zaparkowałem Bugatti w garażu, a moje nowe nabytki wrzuciłem przez okno do pokoju. Szybkim krokiem ruszyłem pod dom Megan. Przy drzwiach zatrzymałem się na krótką chwilę. Może moja wizyta to wcale nie jest taki dobry pomysł, jak mi się na początku wydawało? W każdym bądź razie, nie wycofam się. Nie jestem tchórzem. Wziąłem kilka głębszych oddechów i nacisnąłem dzwonek.
-Już otwieram! – zawołał cichy głos. Rozpoznałem w nim Megan.
-Cześ… - urwałem w połowie zdania, kiedy zielonooka otworzyła drzwi. Wyglądała inaczej niż zwykle. Włosy miała potargane, oczy podkrążone, a na jej zwykle zarumienionych policzkach dostrzegłem zaschnięte strużki czarnego tuszu do rzęs.
-Zayn… - wyszeptała zachrypniętym głosem. –Czego chcesz?
-Pogadać – oświadczyłem spokojnie. –O ostatniej imprezie i o tym, co się na niej wydarzyło.
-O tym, że poszłam z tobą do łóżka? Nie ma o czym mówić – odrzekła pogardliwie.
-Na pewno? – spojrzałem na nią pytająco.
-Tak, na pewno – przytaknęła. –To nic dla mnie nie znaczyło – obróciła się na pięcie i chciała zamknąć drzwi. Przeszkodziłem jej w tym.
-Czekaj… - złapałem ją za nadgarstek.
-Nagle zachciało ci się ze mną gadać? – prychnęła. –Obiecałam ci, że się od ciebie odczepię i słowa dotrzymuję. Daj mi spokój. Zapomnij o tym, co się wydarzyło. A teraz przepraszam, ale muszę... – przerwała na chwilę. –…coś zrobić – dokończyła, zamykając mi drzwi przed nosem.
Chyba pierwszy raz, to mnie ktoś olał, a nie odwrotnie. Zabolało. Ale na to zasłużyłem, prawda? Och, jasne, że tak.
Opuściłem posesję Megan i poszedłem do swojego domu. Rodzice gdzieś wybyli. Może to i lepiej? Nie musiałem im się z niczego tłumaczyć. Usiadłem na miękkim łóżku i wyciągnąłem z kieszeni bejsbolówki paczkę fajek, które kupiłem wracając do domu. Włożyłem jedną z nich do ust, odpaliłem i mocno się zaciągnąłem. Trucizna wypełniła moje płuca, dając odpocząć skołatanym myślom, które krążyły po mojej głowie niczym huragan. O czym myślałem? O wszystkim. O Bradford. O rodzicach. O Cassie. O Megan…Szczególnie obraz tej ostatniej utkwił na dłużej przed moimi oczyma. To jest takie dziwne… - pomyślałem, patrząc na dłonie. Skoro nic nie czuję do Megan, to dlaczego nie potrafię przestać o niej myśleć? Głośno westchnąłem, po czym wstałem z łóżka i podszedłem do okna, potrącając przy tym gitarę. Obrzuciłem instrument niechętnym spojrzeniem, wziąłem go do ręki i usiadłem na fotel. Przejechałem palcami po napiętych strunach, które wydały z siebie ciche dźwięki. Raz. Drugi. Nie zorientowałem się nawet, kiedy zacząłem śpiewać.

So close no matter how far
Couldn’t be much more from the heart
Forever trust in who we are
And nothing else matters…

Never opened myself this way
Life is ours, we live it our way
All these words I don’t just say
And nothing else matters…

Trust I seek and I find in you
Every day for us something new
Open mind for a different view
And nothing else matters…
Never cared for what they do
Never cared for what they know
But I know…

Kiedy skończyłem śpiewać, miałem zamknięte oczy. Boże, zdążyłem zapomnieć jak dawniej uwielbiałem to robić. Siadać przy oknie, brać gitarę do ręki i sprawiać, że słowa piosenek wypływały z moich ust, niczym wodospad. Muzyka pozwalała mi oderwać się od rzeczywistości. Śpiewając, czułem, że mogę wszystko.
Ta nastrojowa piosenka wprowadziła mnie w stan melancholii. Po raz pierwszy, odkąd przyjechałem do Doncaster zacząłem zastanawiać się nad sensem mojego życia. Po co w ogóle istnieję? Jestem stworzony po to, by ranić innych ludzi. Przecież komuś musiała przypaść rola czarnej owcy. Trafiło akurat na mnie. Nie mam prawa się sprzeczać. Nie wybierałem sobie życia…Ale mimo to, mogłem już wcześniej sprawić, aby wyglądało ono całkiem inaczej. Nie musiałbym wtedy przeprowadzać się do Doncaster, ale nie poznałbym Megan, ani…Louisa. Tak, Louisa. Ewidentnie mnie wkurzał, ale po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że mógłbym go chyba polubić. Co do Megan…nie mogę bliżej określić, co tak właściwie do niej czuję. Już sam fakt, że poszedłem do niej wystarczająco mnie zaskoczył. Przecież obiecałem sobie, że nie będę ufał ludziom, ani utrzymywał z nimi bliższych kontaktów.
-Jesteś żałosny – wypomniałem sobie na głos. Trzeba było o tym myśleć, zanim przeleciałem Megan. Zacisnąłem pięści i odłożyłem na bok gitarę. Z kieszeni bejsbolówki wyciągnąłem mojego BlackBerry, po czym zacząłem przeglądać moje kontakty. Przy imieniu Cassie zatrzymałem się na dłużej. Przypomniałem sobie to, jak parę miesięcy temu mnie zraniła. Potrzebowałem bardzo dużo czasu, żeby się po tym pozbierać, a dzisiaj na nowo rozdrapałem nie zagojoną jeszcze ranę. Dziwne kłucie w moim sercu z każdą sekundą było coraz intensywniejsze. Właśnie do mnie dotarło, co tak naprawdę czułem do tej dziewczyny. Kochałem ją. To niepodważalny fakt. Ale teraz miłość została zastąpiona przez czystą nienawiść. Ten pocałunek mi to uświadomił. Nie zakochałem się w niej na nowo, wręcz przeciwnie, ujrzałem nienawiść, którą do niej czułem od czasu pamiętnej zdrady. Z jednej strony…oglądanie jej przyprawia mnie o ból, ale z drugiej…zemsta będzie bardzo satysfakcjonująca. Czas, żebyś cierpiała, tak jak ja cierpiałem, szmato – pomyślałem, przyciskając przycisk ‘Zadzwoń’.
-Słucham? – odezwał się piskliwy głos.
-To ja, Zayn – uściśliłem, uderzając palcami o kolano.
-Wiedziałam, że zadzwonisz…
-Super – mruknąłem. Starałem się, żeby mój ton brzmiał jakoś sympatyczniej. –Możemy się spotkać? Muszę z tobą porozmawiać. Jesteś jeszcze w Doncaster?
-Mówiłam ci, że stąd nie wyjadę i jasne, że chcę się z tobą spotkać – zgodziła się z entuzjazmem. –Mogę do ciebie przyjść?
-Przecież nie wiesz, gdzie mieszkam – syknąłem.
-Podaj mi ulicę i numer domu, to przyjdę.
-Racja – uderzyłem się prawą dłonią w czoło, po czym zacząłem dyktować do słuchawki mój adres.
-Do zobaczenia, skarbie – z tonu dziewczyny wywnioskowałem, że się uśmiecha.
-Nie mów mi ska… - ugryzłem się w język. –Czekam, mała – burknąłem i się rozłączyłem. Nie pozostało mi nic, tylko czekać i przygotować przemowę, którą potraktuję Cassie, jak tylko się u mnie zjawi…

~
Rozdział 3. Co o nim sądzę? Jest za krótki, ale nie taki zły chyba. Ostatnio mam mało czasu na cokolwiek. Trzecia klasa gimnazjum potrafi człowieka nieźle wykończyć. Kiedy skończę się uczyć, jest już zbyt późno, żeby napisać coś sensownego. Ale od czerwca wezmę się do roboty i rozkręcę tego bloga : ) 
Dziękuję Wam za:
-841 wejść. Może to mało, ale dla mnie to powód do radości <3 
-27 komentarzy (w tym chyba dwa moje, ale mniejsza o to :D)
-10 obserwatorów :o wow, jesteście wielkie ;*
I podziękowania dla AdamLambertxD, która skomentowała wszystkie notki. Dziękuję, to co napisałaś naprawdę wiele dla mnie znaczy : )

piątek, 18 maja 2012

Rozdział II: "Sto razy lepiej jest zranić kogoś, niż samemu być zranionym…"


Ludzie często miewają sytuacje, w których nie wiedzą jak się zachować i co powiedzieć. Ja sam rzadko czegoś takiego doświadczałem, ale widząc rudowłosą dziewczynę w moim salonie zapomniałem języka w gębie. Dlaczego spośród tysiąca osób uczących się w mojej szkole, moją sąsiadką musiała być akurat Megan? Już wolałbym tego durnia,  Louisa. Obrzuciłem ją niechętnym spojrzeniem, po czym niechlujnie oparłem się o ścianę.
-Co ty tu robisz? – spytała zdziwiona Meg, kiedy mnie zobaczyła.
-Czekaj, zastanowię się…mieszkam – odparłem oschle, po czym posłałem wyzywające spojrzenie moim rodzicom, którzy mierzyli mnie wzrokiem. Wszyscy zamilkli.
-Widzę, że wasz syn i nasza córka się znają – matka rudowłosej przerwała niezręczną ciszę.
-Chodzimy razem do klasy – Megan wzruszyła obojętnie ramionami.
-Ale to nie znaczy, że się znamy – mruknąłem pod nosem i ruszyłem w stronę swojego pokoju.
-Zayn! – zawołał za mną ojciec.
-Co? – burknąłem niechętnie, wychylając głowę zza drzwi.
-Może pokażesz Megan swój pokój?
-Nie sądzę – odrzekłem. –Nie jesteśmy w podstawówce, aby pokazywać sobie swoje zabawki – dodałem i wszedłem do swojego azylu. Przed zamknięciem drzwi spojrzałem na twarz mojego ojca. Jego brązowe oczy rzucały w moją stronę błyskawice. Wiedziałem, że po wyjściu sąsiadów wpadnie do mojego pokoju z krzykiem i da mi wykład pt. ‘Jak należy się zachowywać w towarzystwie nieznajomych?’. Boże, mam osiemnaście lat, a moi rodzice wciąż traktują mnie jak dziecko. Szczególnie ojciec. Nie obchodzi mnie to, że był wychowywany w surowych warunkach, ale powinien darować sobie pouczanie mnie i mówienie jak mam żyć. Jesteś niewdzięczny – wytknął mi głos w mojej głowie.
-Bzdura – mruknąłem sam do siebie. Kocham moich rodziców, ale jednocześnie nie potrafię zaakceptować, że chcą poukładać mi całe życie od A do Z. Nie potrafię spełniać ich ambicji. Chcę odnaleźć siebie. I jasne, że wciąż popełniam błędy, ale to właśnie o to chodzi. Jeśli chcemy znaleźć swoje prawdziwe JA, czasami musimy pocierpieć. Rodzice uważają, że moje zachowanie świadczy o tym, że jeszcze nie dorosłem. Nic bardziej mylnego. Przeżyłem więcej niż nie jedna osoba starsza ode mnie. Życie nieraz skopało mi dupę, wiele razy mnie zraniono, dlatego teraz ja wyżywam się na innych ludziach. Role się odwróciły. Nigdy nie będę tym samym uczuciowym Zayn'em, którym byłem 2 lata temu, zanim poznałem tak zwanych ‘przyjaciół’. Czasami chciałbym wrócić do czasów podstawówki, kiedy moim jedynym zmartwieniem było to, czy będę miał z kim pobawić się nowym samochodzikiem. Wtedy wszystko wydawało się prostsze. Lepsze. Niestety lata przemijają, a ludzie się zmieniają. Ja również uległem pewnej przemianie. Z upływem czasu przestałem ufać innym. Nie chcę mieć przyjaciół. Za często mnie oszukiwano. Za dużo razy mnie zraniono. Wiele osób mówi, że jestem rozpuszczonym dzieciakiem, który potrafi tylko sprawiać przykrość innym ludziom. Niech sobie gadają. Ja mam na ten temat troszkę odmienne zdanie. Moje wrogie nastawienie to taki mechanizm obronny. Włącza się samoczynnie. Organizm broni się przed toksycznym wpływem otoczenia. Mogę to wyłączyć, ale nie chcę. Bo po co? Sto razy lepiej jest zranić kogoś, niż samemu być zranionym…
Mój wewnętrzny monolog przerwało ciche pukanie do drzwi.
-Zayn? – usłyszałem melodyjny głos Megan. –Śpisz?
-Nie – warknąłem. -Gram w klasy z zebrą.
-Mogę wejść? – dziewczyna nie dawała za wygraną.
-Jeśli musisz… - odparłem obojętnie i opadłem bezwładnie na łóżko. Usłyszałem skrzypnięcie drzwi, a później ciche kroki. Chwilę później nad moją twarzą pojawiła się okrągła twarz Megan. Byłem pewien, że mój ojciec namówił ją do przyjścia tutaj.
-Wow – wyrwało się z ust dziewczyny. –Nie tak wyobrażałam sobie twój pokój.
-To znaczy? – zapytałem, nawet na nią nie patrząc.
-Myślałem, że ściany będą pomalowane na czarno, okna zasłonięte grubymi zasłonami, a na środku będzie stało duże łóżko, może nawet trumna i nic poza tym – Meg cichutko się zaśmiała.
-Mało zabawne, wiesz? – mruknąłem przewracając oczami. Rudowłosa jednak mnie nie słuchała. Jej uwagę przykuł instrument stojący pod oknem.
-Grasz? – spojrzała na mnie podekscytowana i wskazała palcem na gitarę.
-Nie. Trzymam ją tutaj dla ozdoby – odrzekłem z ironią.
-Dlaczego mnie tak nienawidzisz? – spytała znikąd Megan.
-Nie wiem – przyznałem szczerze. –Zresztą to nie ważne. Nie wchodźmy sobie w drogę i będzie po sprawie – dodałem, chcąc jak najszybciej zmienić temat naszej rozmowy. O ile można było tak nazwać krótką wymianę zdań.
-Jasne… - westchnęła. –Wiesz co, dzisiaj jest impreza w domu u Jake’a. Może przyjdziesz i znajdziesz sobie inną osobę, którą znienawidzisz?
-Nie mam ochoty.
-Nie masz ochoty przychodzić na imprezę, czy nie masz ochoty zmieniać obiektu do wyżywania się? – dziewczyna spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
-Nie mam ochoty iść na imprezę i udawać, że się dobrze bawię – uściśliłem.
-Wcale nie musisz udawać – stwierdziła pewnie siebie Megan. –Przyjdź. Napijesz się z nami, będzie karaoke, poznasz ludzi. Obiecuję ci, że przestanę się narzucać.
-Ostatni argument ostatecznie mnie przekonał – powiedziałem z kamienną miną. –Okej, niech będzie. Gdzie mieszka ten cały Jake?
Dziewczyna zapisała adres na kartce, po czym z wesołym uśmiechem wyszła z pokoju. Wzniosłem wzrok ku górze. Naprawdę mnie irytowała, ale skoro byłem miły, to może prędzej się odczepi. Albo i nie…
~Pięć godzin później~
-Wychodzisz gdzieś? – spytał ojciec, kiedy kierowałem się w stronę drzwi wyjściowych. Nawet nie dostało mi się za wcześniejsze zachowanie. Widocznie Brown powiedziała mu, że porozmawiałem z nią jak człowiek.
-Idę na imprezę – odrzekłem, naciskając klamkę. –Megan mnie zaprosiła.
-Widzisz? – ojciec spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. –Jak chcesz, to potrafisz normalnie z kimś porozmawiać.
-Mhm – mruknąłem, po czym wyszedłem z domu. Miałem na sobie beżowe rurki, Nike za kostkę, czarny t-shirt i bejsbolówkę. Oczy ukryłem pod Ray-banami.
Idąc przez ulice Doncaster zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak właściwie idę na tą głupią imprezę? Może dlatego, że będzie okazja do napicia się czegoś mocniejszego? Tak, to na pewno dlatego – pokrzepiłem się w myślach, po czym wcisnąłem moje dłonie do kieszeni bejsbolówki.
Doszedłszy do domu Jake’a kilkakrotnie nacisnąłem dzwonek. Z wnętrza dobiegała głośna muzyka. Specjalnie się spóźniłem. Chciałem przez to pokazać, że jestem od nich wszystkich w jakiś sposób lepszy. Po dłuższym czekaniu drzwi otworzył mi lekko już wstawiony gospodarz.
-Ty? – zdziwił się.
-Mam sobie iść? – syknąłem w stronę Jake’a.
-Nie – zaprzeczył szybko. –Właź. Lepiej się pospiesz, bo Steve przywiózł właśnie dostawę alkoholu – dodał zachęcająco.
-Dzięki – mruknąłem, posyłając szatynowi wymuszony uśmiech, po czym wszedłem do środka. Od razu skierowałem się w stronę skrzynki z piwem. Wziąłem do ręki jedną butelkę zimnego trunku i upiłem kilka łyków.
-Zaaaaaaaayn! - usłyszałem nagle swoje imię. Chwilę później ujrzałem Megan. Szła w moją stronę lekko się zataczając.
-Jesteś pijana – powiedziałem, patrząc w jej zielone oczy.
-Nieprawda! – okręciła się przede mną na palcach. –Wypiłam tylko 3 piwa.
-Prawda – mruknąłem i cicho się zaśmiałem. Ludzie ze słabą głową nie powinni pić alkoholu.
-Mniejsza z tym – Megan machnęła ręką. –Chodź, coś ci pokażę! – pociągnęła mnie za nadgarstek, po czym ruszyła po schodach prowadzących na pierwsze piętro. Zaprowadziła mnie do pokoju z dużym łóżkiem.
-Co mi chciałaś pokazać? – zapytałem niechętnie, kiedy stanęliśmy przy miękkim meblu.
W odpowiedzi dziewczyna lekko pchnęła mnie na łóżko, po czym usiadła obok mnie.
-Bo wiesz…podobasz mi się… - wyjąkała i mnie pocałowała. W sumie pocałowała to złe określenie. Megan po prostu się na mnie rzuciła. Początkowo próbowałem ją od siebie odepchnąć, ale z każdą sekundą zaczynało mi się podobać. Wszystko to, co wydarzyło się później było pod wpływem impulsu. Lekko rozchyliłem usta zielonookiej i zacząłem odwzajemniać namiętne pocałunki dziewczyny. Nasze języki błądziły, aż w końcu się spotkały i rozpoczęły ognisty taniec. Posadziłem Megan na swoim brzuchu, po czym zacząłem rozpinać guziki jej błękitnej bluzki. Ruda nie pozostawała mi dłużna. Sprawnym ruchem zdjęła moją koszulkę, a później zabrała się za rozporek moich spodni. Ja w tym czasie zająłem się jej koronkowym stanikiem. Chwilę później byliśmy już zupełnie nadzy. Całowałem Megan po jej wyrzeźbionym ciele, a ona wydawała z siebie ciche jęki. Po krótkiej zabawie, wprowadziłem w nią mojego członka. Dziewczyna krzyknęła z rozkoszy. Z każdym moim ruchem krzyczała głośniej. Nie bałem się, że ktoś wejdzie, ponieważ wiedziałem, że muzyka na dola skutecznie zagłusza nasze odgłosy. W pewnym momencie poczułem jak Megan wbija w moje plecy swoje długie paznokcie. Nie sprawiło mi to bólu. Wręcz przeciwnie – spotęgowało doznania. Doszliśmy niemal jednocześnie. Skończyłem w środku dziewczyny, po czym zmęczony opadłem na łóżko.
         Obudziłem się rano z lekkim bólem głowy. Nie mógł być on spowodowany kacem, bo wczoraj prawie nic nie wypiłem. Lekko się podniosłem i wtedy zobaczyłem śpiącą obok mnie pannę Brown Była zupełnie naga. To w tamtym momencie uświadomiłem sobie do czego wczoraj doszło.
-Ja pierdole… - wyrwało mi się. Jak mogłem przespać się z Megan? To było więcej niż głupie. To było chore. Tak…chore to prawidłowe określenie. Szybko się ubrałem i wyszedłem z domu Jake’a. Może Meg nie będzie nic pamiętała z tej nocy? Nie łudź się, jesteś idiotą – głos w mojej głowie coraz bardziej zaczynał działać mi na nerwy. Ale w sumie racja…nie mam co się łudzić. Stało się. W sumie powodów do zmartwień też nie muszę mieć. Megan była tylko taką przygodą na jedną noc, o której prędzej, czy później zapomnę. Tak jak o innych dziewczynach, z którymi wcześniej spałem…  
         -Gdzie byłeś przez całą noc? – spytała moja mama, kiedy wróciłem do domu.
-Nocowałem u… - zamyśliłem się na krótką chwilę. -…kolegi.
-Cieszę się, że masz przyjaciół – rodzicielka posłała mi szeroki uśmiech.
-Yhm, ja też – mruknąłem, żeby ją zbyć, po czym poszedłem do swojego pokoju, gdzie z miejsca rzuciłem się na łóżko i spojrzałem w sufit.
Boże, co ja najlepszego narobiłem? Właściwie to nie była do końca moja wina, bo przecież Megan zaczęła mnie całować. Ale do cholery, dlaczego jej wtedy nie odepchnąłem? Przecież nie pałam zbytnią sympatią do tej rudowłosej dziewczyny. Seks z nią nic dla mnie nie znaczył i musiałem jej to oznajmić. Zrobię to jutro w szkole. To nie pierwszy raz, kiedy przespałem się z dziewczyną, do której zupełnie nic nie czuję. Prędzej, czy później o tym zapomnę. Z głośnym westchnięciem sięgnąłem po paczkę fajek. Ku mojemu niezadowoleniu, powitało mnie puste opakowanie. Wzniosłem wzrok ku górze, po czym zwlokłem się z miękkiego łóżka, wziąłem do ręki portfel i wyszedłem z pokoju.
-Wychodzę – zakomunikowałem rodzicom.
-Dokąd? – ojciec spojrzał na mnie, unosząc jedną brew.
-Do sklepu po pa… - urwałem. -…parę nowych ciuchów – dokończyłem i sztucznie się uśmiechnąłem. Matka z ojcem nie pochwalali tego, że palę.
Nie czekając na dalsze pytania rodziców, opuściłem dom i ruszyłem wolnym krokiem do garażu. Zlustrowałem wzrokiem moje pojazdy. Biało-niebieska YAMAHA wyglądała bardzo zachęcająco, ale ostatecznie wybrałem Bugatti, ponieważ zanosiło się na deszcz, a nie chciałem zmoknąć. Wyjechałem samochodem z garażu i nacisnąłem pedał gazu. Przemierzałem ulice Doncaster z zawrotną szybkością, dopóki nie zajechałem pod centrum handlowe. Zaparkowałem auto na parkingu, po czym wszedłem do wielkiego budynku. Nie uśmiechało mi się kupowanie ciuchów, ale miałem świadomość, ze rodzice zażądają, abym pokazał im moje nowe nabytki. Nie ufają mi i da się to zauważyć z kilometra.
~Kilkanaście minut później~
Ze sklepu NIKE wyszedłem obładowany pudełkami. Buty Nike są moją słabością, o której nikt nie wie. Chociaż może się mylę? Bo przecież da się zauważyć to, że mam inne adidasy na każdy dzień tygodnia.
Zmierzałem właśnie w stronę wyjścia, kiedy poczułem, że coś, a raczej ktoś wpada we mnie z impetem. Moje nowe nabytki upadły na podłogę.
-Kurwa… - zakląłem pod nosem, po czym spojrzałem na osobę, która była winna temu całemu zajściu.
-Zayn? – melodyjny głos wypowiedział moje imię.

~
Nie lubię pisać scen seksu, bo po prostu mi to nie wychodzi. Dlatego ten fragment wcale mi się nie podoba. Ale ogólnie rzecz biorąc, rozdział chyba lepszy od tego pierwszego. Jestem dziwna, bo ciężko mi zaakceptować to, co napiszę. Muszę się ogarnąć, bo przestanę prowadzić tego bloga, zanim to wszystko się w ogóle rozkręci :D Miałam dodać trochę później, no ale dodaję teraz. Dziękuję za czworo obserwatorów i komentarze pod pierwszym rozdziałem. Mam nadzieję, że się podoba, chociaż nie jestem do końca zadowolona.